Mont Blanc

Mont Blanc 4806

Korona Europy nr. 1 nasz 22/46

🛑 Złamaliśmy zasadę wczesnego wyjścia i opóźniliśmy start o trzy godziny. Po wieczornej śnieżycy uznaliśmy, że… pozwolimy innym przetrzeć szlak. To była chłodna, ryzykowna kalkulacja, która otworzyła nam drogę na dach Europy. Poznaj relację z wyprawy na Mont Blanc (4810 m n.p.m.) – od aklimatyzacji w Szwajcarii, przez Kuluar Śmierci, aż po moment, w którym wyżej w Europie stanąć się już nie da.

Minęło trzydzieści osiem lat od czasu, kiedy po raz pierwszy wyruszyłem na beskidzkie szlaki. W tamtym czasie Tatry wydawały mi się odległym marzeniem, a o Alpach nawet nie odważyłbym się pomyśleć. 😄

Dziś, jako pięćdziesięcioczterolatek, z satysfakcją mogę spojrzeć wstecz i powiedzieć, że górska pasja zaprowadziła mnie znacznie dalej, niż kiedykolwiek przypuszczałem. W Tatrach przeszedłem wszystkie znakowane szlaki, zdobywając Tatrzańskie Dwutysięczniki, Turystyczną Koronę Tatr. Do tego doszło wiele dróg pozaszlakowych, które pozwoliły mi jeszcze lepiej poznać ich surowe piękno i zdobyć 11 szczytów Wielkiej Korony Tatr.

Z czasem przyszła kolej na Alpy. Tam również udało mi się stanąć na kilkunastu szczytach, a każde kolejne wejście utwierdzało mnie w przekonaniu, że warto wyznaczać sobie coraz ambitniejsze cele.

W pewnym momencie pojawiło się marzenie, które od dawna dojrzewało gdzieś z tyłu głowy – zdobyć najwyższy szczyt Europy. Pierwszą próbę podjąłem w 2013 roku. Niestety pogoda okazała się silniejsza od naszych planów i zmusiła nas do odwrotu tuż przed schronem Vallot.

Schodząc wtedy z góry, wiedziałem jedno – to nie jest koniec tej historii. Mont Blanc wygrał tamto starcie, ale nie odebrał mi marzenia. Wręcz przeciwnie. Od tamtej chwili byłem pewien, że prędzej czy później wrócę, by dokończyć to, co zacząłem.

Bo marzenia są po to, żeby je spełniać.

Minęło dwanaście lat od tamtej nieudanej próby. Wiele się od tego czasu zmieniło – przybyło doświadczenia, zdobytych szczytów i godzin spędzonych w górach. Jedno pozostało jednak niezmienne: marzenie o Mont Blanc.

ekipa zwarta i gotowa

9 siernia 2025 roku ponownie ruszam z zespołem w Alpy. Tym razem nie tylko po to, by zmierzyć się z Białą Górą, ale również w ramach realizacji mojego projektu Korona Europy.

Po dwunastu latach wracam bogatszy o doświadczenia, spokojniejszy i lepiej przygotowany. Wiem, że w górach nie da się niczego zaplanować do końca, ale wiem też, że zrobiłem wszystko, aby tym razem dać sobie jak największą szansę.

15 sierpnia 2025 roku o godzinie 9:58 staję z ekipą na szczycie Mont Blanc. Marzenie, które dojrzewało przez dwanaście lat, wreszcie staje się rzeczywistością. Jednocześnie zdobywam mój dwudziesty drugi szczyt zaliczany do projektu Korona Europy.

Mont Blanc 15 sierpień 2025 r. godz.9.58

Najlepszym okresem na próbę zdobycia Mont Blanc są miesiące od lipca do września, kiedy pogoda jest zazwyczaj najbardziej stabilna. Każda część sezonu ma jednak swoją specyfikę. Na jego początku, po obfitych zimowych opadach, w wyższych partiach gór może zalegać jeszcze dużo śniegu. Z kolei we wrześniu coraz częściej pojawiają się pierwsze oznaki nadchodzącej zimy – świeży śnieg i gwałtowne załamania pogody.

My zdecydowaliśmy się na wejście w połowie sierpnia. Warunki były bardzo dobre, choć popołudniami, w rejonie schroniska Goûter, regularnie pojawiały się opady śniegu. To kolejny dowód na to, że w Alpach kluczem do bezpiecznego działania jest wczesny start. Większość wyjść rozpoczyna się jeszcze w nocy, aby zdążyć przed pogorszeniem pogody, a także przed wzrostem temperatury, która zmiękcza śnieg utrudniając poruszanie się.

W końcu nadchodzi długo wyczekiwany dzień. Ruszamy!

Pierwszym celem jest szwajcarskie Saas-Fee, gdzie zatrzymujemy się na Campingu Am Kapellenweg. Po wielogodzinnej podróży potrzebujemy chwili odpoczynku, bo już następnego dnia czeka nas kolejny etap przygotowań do Mont Blanc – aklimatyzacja.

wejście aklimatyzacyjne
Allalinhorn

W poniedziałek ruszamy na Allalinhorn (4027 m n.p.m.). Wejście przebiega zgodnie z planem, a po zdobyciu szczytu zostajemy na noc w górach. To nie tylko ważny element aklimatyzacji, ale także okazja, by nacieszyć się niezwykłą atmosferą alpejskiego świata.

Allalinhorn zdobyty

We wtorek rano schodzimy do Saas-Fee. Przy filiżance kawy rodzi się spontaniczny pomysł – skoro jesteśmy tak blisko, szkoda byłoby nie odwiedzić Zermatt. Chwilę później pakujemy się do samochodu i ruszamy w drogę, aby spojrzeć na górę, która od pokoleń rozpala wyobraźnię alpinistów – Matterhorn. 😄

Zermatt, w tle Matterhorn

Rano opuszczamy Camping Am Kapellenweg i ruszamy do Le Fayet. To właśnie w tym miasteczku rozpoczyna się kolejny etap naszej wyprawy – przejazd słynnym Tramway du Mont Blanc do stacji Nid d’Aigle, skąd dalej pójdziemy w kierunku najwyższego szczytu Europy.

Tramway du Mont Blanc

Zanim jednak wsiądziemy do pociągu, robimy jeszcze jeden, bardzo ważny przystanek. Idziemy na porządny obiad i zimne piwo, bo dobrze wiemy, że na następny taki posiłek przyjdzie nam poczekać kilka dni. 🤣

Po dotarciu do stacji Nid d’Aigle rzeczywistość szybko przypomina nam, że wejście na Mont Blanc nie jest zwykłą górską wycieczką. Już na peronie zatrzymują nas francuscy żandarmi, którzy proszą o okazanie potwierdzenia rezerwacji noclegów. Kontrole są tutaj standardem i mają na celu ograniczyć ruch na popularnej drodze. Po krótkiej, choć niezbyt serdecznej wymianie zdań, możemy wreszcie ruszyć dalej.

tymczasowa stacja Nid d’Aigle

Docieramy do schroniska Refuge du Nid d’Aigle, gdzie czeka na nas pierwszy nocleg. Miejsce robi na nas bardzo dobre wrażenie. Jest spokojnie, czysto, a obsługa okazuje się niezwykle życzliwa i pomocna. Chętnie zostalibyśmy tu dłużej, jednak plan na kolejny dzień nie pozostawia złudzeń. Czeka nas wczesna pobudka i długie podejście, dlatego po ostatnim sprawdzeniu sprzętu kładziemy się spać z nadzieją, że pogoda nadal będzie po naszej stronie.

Na ten moment czekaliśmy od początku wyprawy. Przed nami przejście słynnego Kuluaru Śmierci – miejsca, które od zawsze budzi respekt wśród alpinistów. Świadomość tego, co nas czeka, sprawiła, że tej nocy sen był płytki i niespokojny.

O drugiej w nocy zrywamy się z łóżek. Szybko, ale jednocześnie najciszej jak się da, ubieramy się i kompletujemy sprzęt, starając się nie obudzić pozostałych osób śpiących w schronisku. Na zewnątrz przygotowujemy szybkie śniadanie z liofilizatów. Kilka łyków gorącej kawy, ostatnie spojrzenie na plecaki i ruszamy w kierunku schroniska Tête Rousse.

Mijamy je z prawej strony, przekraczając lodowiec o tej samej nazwie. Przed nami majaczy już owiany złą sławą Kuluar Rolling Stones, położony w zachodniej ścianie Aiguille du Goûter na wysokości około 3340 m n.p.m. Ściana ma tutaj nachylenie sięgające 48 stopni, a sam trawers liczy około 50 metrów. Niby niewiele, ale to właśnie ten krótki odcinek uchodzi za jeden z najbardziej niebezpiecznych fragmentów drogi na Mont Blanc.

widok na Kuluar Rolling Stones

Zagrożenie jest bardzo realne. Z góry regularnie spadają kamienie, bloki skalne, bryły lodu, a zimą również schodzą lawiny śnieżne. Skały uwalniają się pod wpływem słońca i topniejącego lodu, ale równie często są przypadkowo strącane przez wspinaczy znajdujących się wyżej.

Dlatego nasz plan był prosty – dotrzeć do kuluaru jak najwcześniej. Chcieliśmy pokonać go jeszcze przed wschodem słońca i zanim na trasie zrobi się tłoczno. Im mniej osób nad nami, tym mniejsze ryzyko, że czyjś nieostrożny krok wyśle w naszym kierunku rozpędzony kamień. W takim miejscu nawet chwila nieuwagi może mieć tragiczne konsekwencje.

Kiedy docieramy na skraj Kuluaru Rolling Stones, zatrzymujemy się na chwilę. W skupieniu nasłuchujemy charakterystycznego odgłosu spadających kamieni. Cisza. To właśnie na taki moment chcieliśmy trafić. Upewniwszy się, że nie trwa kamienna kanonada, o godzinie 6:30 sprawnie i bezpiecznie pokonujemy Żleb Śmierci.

… po drugiej stronie 😀😀😀

Za dwa dni będziemy musieli przejść tędy ponownie, tym razem w drodze powrotnej. Na razie jednak odsuwamy te myśli na bok. Przed nami kolejne wyzwanie – podejście do schroniska Goûter, położonego na wysokości 3835 m n.p.m. Do pokonania pozostaje jeszcze około 580 metrów przewyższenia w skalnym terenie.

Ścieżka po południowej stronie kuluaru prowadzi wieloma wariantami. Wspinamy się po piarżyskach, w końcowym odcinku poprzecinanych twardymi płatami zmrożonego śniegu. Z każdym metrem teren staje się coraz bardziej stromy, a wysokość zaczyna dawać o sobie znać.

Po mozolnym podejściu żebrem docieramy w rejon starego schroniska Goûter. Tutaj zakładamy raki, chwytamy za czekany i wychodzimy na śnieżną grań w pobliżu Aiguille du Goûter (3863 m n.p.m.). Krajobraz zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szare skały ustępują miejsca białemu światu śniegu i lodu, a wokół rozciąga się prawdziwie wysokogórska sceneria.

Od dzisiejszego celu dzieli nas już tylko około 250–300 metrów. Schronisko jest niemal na wyciągnięcie ręki. O godzinie 11:00 meldujemy się w Refuge du Goûter.

Po wejściu trafiamy najpierw do przedsionka wyposażonego w szafki. Tutaj zostawiamy buty, część sprzętu oraz wszystko, co nie będzie nam potrzebne w części sypialnej. W schronisku obowiązują pewne zasady i trzeba się do nich dostosować.

Po zameldowaniu przygotowujemy miejsca do spania. Mamy kilka godzin na odpoczynek przed najważniejszą częścią całej wyprawy, dlatego staramy się jak najlepiej wykorzystać ten czas. Idziemy do jadalni, zamawiamy coś ciepłego do jedzenia i, korzystając z chwili wytchnienia, wypijamy po piwie. 🍺 Po posiłku kładziemy się jeszcze na krótką drzemkę.

Późnym popołudniem wychodzę przed schronisko, żeby sprawdzić pogodę. Widok nie napawa optymizmem. Nad granią przewalają się chmury, wieje silny wiatr oraz sypie śnieg. Jeszcze kilka godzin temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

Patrzę przed siebie i zadaję sobie pytanie, czy tej nocy w ogóle uda nam się wyruszyć w stronę szczytu. Prognozy były obiecujące, ale w wysokich górach pogoda potrafi zmienić się w ciągu kilkunastu minut. Za kilka godzin wszystko się wyjaśni. Na razie nie pozostaje nam nic innego, zjeść kolację, cierpliwie czekać i mieć nadzieję, że Mont Blanc da nam nasze upragnione pięć minut.

Nadszedł najważniejszy dzień wyprawy – atak szczytowy. Choć złota zasada mówi o jak najwcześniejszym wyjściu, a większość zespołów opuszcza schronisko już około 2:00 w nocy, my postanowiliśmy zmienić plan. Po chłodnej analizie opóźniliśmy start o niemal trzy godziny. Biorąc pod uwagę wieczorne opady śniegu, uznaliśmy, że warto dać pole do popisu tym, którzy za wszelką cenę chcą być pierwsi – niech to oni przetrą świeży szlak. Nam się nie spieszyło. Wiedzieliśmy, że nawet jeśli powrót wypadnie po zmroku, to w odwodzie mamy kolejną noc (ze względu na kapryśną pogodę zapobiegawczo zarezerwowałem w Goûter dwa noclegi).

Budziki ustawiliśmy na 3:00 rano, ale ich dźwięk okazał się zbędny – nikt z nas tej nocy twardo nie spał. Ześlizgnęliśmy się z prycz i zeszliśmy do schroniskowej szatni. W ciszy (wszyscy myślami są w drodze na szczyt) przygotowujemy szybkie śniadanie z liofilizatów, ostateczna selekcja sprzętu – zbędne rzeczy zostawiliśmy w schronisku – i w końcu ruszyliśmy w stronę dachu Europy.

Wspinając się w stronę Dôme du Goûter (4304 m n.p.m.), już na początku drogi przekroczyliśmy magiczną granicę czterech tysięcy metrów. To właśnie tam powitała nas pierwsza łuna wschodzącego słońca, rozpoczynając niesamowity spektakl barw na niebie. W oddali, na grani szczytowej, majaczył już sznur czołówek tych, którzy wystartowali przed nami. Oni za niedługo mieli spełnić swoje marzenia. My musieliśmy poczekać na to jeszcze kilka godzin.

Posuwaliśmy się naprzód miarowym, wolnym tempem. Około godziny 7:00 podeszliśmy pod schron Vallot, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na regenerację i lekki posiłek. Po odpoczynku ruszyliśmy dalej, jednak wysokość oraz mniejsza zawartość tlenu w atmosferze zaczęły dawać o sobie znać. Zmęczenie paraliżowało, ale zacisnęliśmy zęby – postanowiliśmy się nie poddawać. Na tym etapie każde sto metrów podejścia jest na wagę złota, a walka toczy się głównie w głowie. Krok za krokiem, mozolnie wydzieraliśmy górze kolejne metry.

W ten sposób 15 sierpnia 2025 roku o godzinie 9:58 dotarliśmy do miejsca, z którego w Europie nie da się już pójść wyżej. 4810 m n.p.m. SZCZYT – MONT BLANC ZDOBYTY! Co tu dużo mówić… czysta radość, poczucie totalnego spełnienia marzeń.

Gdy emocje opadły, dotarła do mnie jeszcze jedna, najważniejsza myśl. To nie jest jeszcze pełne zwycięstwo. Prawdziwy triumf nadejdzie dopiero wtedy, gdy bezpiecznie staniemy z powrotem na dole. Szczyt to przecież dopiero połowa drogi, a góry nie wybaczają błędów.

Pogoda nam dopisuje. Na szczycie spędzamy trochę czasu, wykonując obowiązkową sesję zdjęciową, po czym chwilę odpoczywamy i rozpoczynamy marsz w dół. Schodzimy do schroniska, gdzie spędzimy dzisiejszą noc – a właściwie jej część. Chcemy bowiem wyjść bardzo wcześnie, jeszcze w ciemnościach, aby przejść owiany złą sławą Kuluar Rolling Stones, gdy na trasie będzie jak najmniej osób.

Przez cały dzień pogoda była naszym sprzymierzeńcem i wydawać by się mogło, że czekała na nasz powrót. Kiedy dotarliśmy do schroniska, wszystko się zmieniło – gęste chmury przesłoniły zachodzące słońce i pozostało tylko czekać na nowe opady.

Po wczesnym śniadaniu pakujemy plecaki i opuszczamy schronisko. Jednak przy wyjściu ze schroniska okazuje się, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Za nami rusza kilka zespołów, które podczas zejścia co chwilę strącają kamienie. Na szczęście są to „małe okazy”. O ile podczas schodzenia granią można jeszcze schować się za skałą lub uskoczyć, o tyle w trakcie samego trawersu żlebu jest to niezwykle trudne.

Dochodzimy do momentu, w którym musimy po raz drugi zmierzyć się z miejscem będącym postrachem wspinaczy. Wyczekujemy dłuższą chwilę, bo gdzieś w oddali słychać spadające kamienie i ostrzegawcze nawoływania czeskiego zespołu podążającego za nami. Po kilku minutach uznajemy, że to odpowiedni moment, i pojedynczo ruszamy przed siebie. Kiedy lądujemy po drugiej stronie, zgodnie stwierdzamy, że najgorsze mamy już za sobą.

Sprawnie pokonujemy pozostałą część zejścia do lodowca Tête Rousse. Pole śnieżne jest o tej porze jeszcze mocno zlodzone, dlatego na czas przejścia zakładamy raki. Z lodowca kierujemy się w stronę schronu Baraque des Rognes. Jest on obecnie zamknięty na stałe, a jeszcze kilka lat temu można było w nim przenocować – podczas mojej pierwszej wyprawy sam spędziłem tam noc

Idziemy dalej w stronę stacji tramwaju, mijając po prawej stronie szczyt Les Rognes (2685 m n.p.m.). Gdy dochodzimy do rozwidlenia szlaku, odbijamy w prawo ku stacji Nid d’Aigle, zostawiając po lewej stronie schronisko. Z tego miejsca pozostaje nam już tylko zjechać kolejką do Le Fayet i oficjalnie zakończyć tę ekscytującą wyprawę.

Poniżej autor wpisu po zejściu z Mont Blanc 🤣😂😂

Mont Blanc to góra o wysokości 4810 m. Powyżej 3800 m pokryta lodowcem oraz zalegającą na nim warstwą śniegu o grubości zależnej od warunków pogodowych. Rozpoczynając taką wyprawę trzeba zadbać o kilka spraw:

Wchodząc na Mont Blanc czekają nas minimum dwa dni marszu z ciężkim plecakiem, oraz pokonanie 3000 m wysokości w atmosferze o niższej zawartości tlenu. W związku z tym można wcześniej zacząć ćwiczenia mające na celu poprawę kondycji, zwiększenie wydolności oddechowej. W moim przypadku jak to zwykle bywa nie starczyło czasu.🤦‍♂️

Ponieważ zdobycie Blanca wiąże się z marszem po lodowcu i po wąskiej grani, konieczne jest posiadanie podstawowej wiedzy i umiejętności poruszania się w rakach i z czekanem, hamowania czekanem, marszu z asekuracją lotną i technik wyciągania członka zespołu ze szczeliny lodowca. Myślę ze kto traktuje tą wyprawę poważnie ma o tym jakieś pojęcie.

Każdy z potencjalnych zdobywców posiada większość niezbędnego ekwipunku w swojej szafie. lista jest zbyt długa aby tutaj ją przedstawiać więc jest w osobnym wpisie – TUTAJ

Niezbędne jest wyrobienie karty EKUZ oraz wykupienie dodatkowego ubezpieczenia uwzględniającego akcje ratunkowe helikopterem do 5000 m. W 100% mogę polecić przystąpienie do klubu Alpenverein. Roczna składka członkowska kosztuje 350 zł, w cenie jest całoroczne ubezpieczenie, działa na całym świecie.

Rezerwacje – tutaj natrafimy na największą przeszkodę. Chcąc zdobyć szczyt musimy mieć rezerwację w jednym ze schronisk Tete Rousse lub Gouter. Można ją zrobić od kwietnia na stronie https://montblanc.ffcam.fr/ i polecam zrobić ją jak najszybciej, bo ilość miejsc jest bardzo ograniczona. Napisałem od kwietnia bo taka jest oficjalna wersja, ale stronę warto już sprawdzać wcześniej. Mnie udało się zrobić rezerwację już w styczniu. Z kartą Alpenverein obowiązuje zniżka 50%. Dobrze mieć ze sobą wydrukowane potwierdzenie, jest na 90% prawdopodobne że natkniecie się na żandarmów kontrolujących czy macie rezerwację.

Aklimatyzacja jest kluczowym elementem, często lekceważonym w kontekście tej góry, a jej brak skutkować chorobą wysokogórską czyli w najlepszym wypadku złym samopoczuciem i niemożnością zdobycia szczytu, a w najgorszym wypadku śmiercią. O aklimatyzacji możecie znaleźć w sieci wiele informacji.