Mitikas 2917m n.p.m.

Z wizytą u Zeusa:

Mytikas, czyli prawdziwy dach Grecji



Do Grecji, a dokładniej do Salonik, przylecieliśmy 6 października. Po sprawnym odebraniu wynajętego auta z wypożyczalni Chalkidiki Cars, od razu skierowaliśmy się w stronę Litochoro – urokliwego miasteczka położonego u samych stóp Olimpu. Krótki postój na szybkie śniadanie, chwila na złapanie oddechu i ruszamy dalej, wyżej. Naszym celem jest parking Prionia (1100 m n.p.m.), z którego oficjalnie rozpoczyna się szlak prowadzący na sam szczyt.

autostrada do Litohoro

Na parking Prionia prowadzi asfaltowa droga z mnóstwem serpentyn. Po drodze mijamy Gorcję – miejsce, w którym rozpoczyna się szlak na Płaskowyż Muz, oraz zjazd do ruin zabytkowego klasztoru św. Dionizego. Na parking docieramy około godziny 13:00. Ponieważ to niedziela, o wolnym miejscu możemy tylko pomarzyć. Parkujemy więc auto na poboczu drogi i ruszamy ku przygodzie! Świadomie wybraliśmy tak późną porę wyjścia, by uniknąć największych tłumów na szlaku.

To właśnie z Prionii rozpoczyna się klasyczna droga na Mytikas przez schronisko Spilios Agapitos. Szlak jest stosunkowo krótki, ale za to bardzo wymagający i stromy – na odcinku zaledwie 8,5 km mamy do pokonania aż 1870 metrów przewyższenia. Aby w pełni cieszyć się wyprawą, podjęliśmy decyzję o rozbiciu trekkingu na dwa dni, planując nocleg we wspomnianym schronisku.


Początkowy odcinek szlaku wita nas przyjemną, leśną ścieżką biegnącą wśród gęstych drzew liściastych. Szybko jednak orientujemy się, że Olimp nie zamierza nas oszczędzać. Im wyżej, tym trasa staje się bardziej wymagająca – pnie się stromo, zakosami, wzdłuż imponującego żlebu, który w dolnych partiach tworzy potężny, wąwóz rzeki Enipeas.

Wraz ze wzrostem wysokości otoczenie diametralnie się zmienia. Drzewa liściaste ustępują miejsca surowym lasom iglastym. Towarzyszą nam one i rzucają cień na szlak już do samego schroniska, co przy stromym podejściu daje upragnione wytchnienie.


Szliśmy bardzo spokojnym tempem, nigdzie się nie spiesząc. Nasz plan zadziałał idealnie – chcieliśmy, aby niedzielny tłum jednodniowych turystów zdążył już zejść na dół, zostawiając schronisko tylko dla tych, którzy zostają na noc.

Dopiero po czterech godzinach marszu zameldowaliśmy się u celu. Schronisko Spilios Agapitos jest niesamowicie usytuowane. Gdybyśmy byli w Tatrach, powiedziałbym, że stoi na potężnej kazalnicy. Tutaj jednak to wyjątkowe miejsce, zawieszone nad przepaścią, zyskało w pełni zasłużoną nazwę – „Balkon”. Dzięki późnemu wyjściu, zgodnie z planem, mogliśmy spędzić ten wieczór w absolutnej ciszy, spokoju i przytulnej atmosferze, regenerując siły przed najważniejszym dniem.


Zanim jednak w pełni oddamy się relaksowi, musimy dopełnić tutejszych formalności. Wchodząc do budynku, od razu zdejmujemy ciężkie buty trekkingowe i zmieniamy je na kapcie. To twardy obowiązek i bezwzględnie przestrzegany tu zwyczaj. Bardzo wygodną opcją jest też możliwość pozostawienia w schronisku zbędnego bagażu na czas jutrzejszego ataku szczytowego – dzięki temu rano ruszymy znacznie lżejsi.

Schronisko Spilios Agapitos słynie głównie z dużych, wieloosobowych sal zbiorowych. Nas spotkało jednak niesamowite szczęście. Przypadł nam w udziale prawdopodobnie jedyny w całym obiekcie pokój czteroosobowy! Mieliśmy więc luksus prywatności, który w schroniskowych warunkach jest na wagę złota.



Pobyt w Spilios Agapitos ma swój niepowtarzalny klimat, ale wymaga też przygotowania. Obowiązkowo trzeba mieć ze sobą własny śpiwór lub tzw. worek do spania. Jeśli o tym zapomnicie, czeka Was wydatek w recepcji – trzeba wtedy dokupić jednorazową pościel.

Na miejscu dostępne są toalety i łazienki z prysznicami, jednak z ciepłą wodą możecie się pożegnać – jest lodowata! Co więcej, w suche lata zdarza się, że bieżącej wody brakuje tu całkowicie. Kolejnym zaskoczeniem dla wielu może być fakt, że na noc w całym schronisku całkowicie wyłączany jest prąd. Ruszając do WC lub szukając czegoś w plecaku w środku nocy, bez czołówki ani rusz!.


Na szczęście surowe warunki sanitarno-logistyczne w pełni rekompensuje tutejszy bufet. Woda butelkowana i inne napoje są zawsze dostępne. W schronisku można zamówić pożywne śniadanie oraz obiad. Co ciekawe – i jest to absolutna klasyka w większości greckich schronisk – popisowym daniem i tutejszą specjalnością jest… spaghetti! Po całym dniu wycisku na szlaku idealnie wchodzi też świeża sałatka grecka, lokalne wino podawane dzbanku oraz – rzecz jasna – zimne, zasłużone piwo 🍻.

W takich okolicznościach, syci i zrelaksowani, kładziemy się spać aby naładować baterie na nadchodzący dzień.


Budzik dzwoni o 6:00 rano. Ogarniamy się na spokojnie i niespiesznie idziemy na śniadanie, po którym spędzamy jeszcze chwilę przy kubku kawy. Prognozy zapowiadają sprzyjającą pogodę, więc zbytnio się nie spieszymy – tym bardziej że mamy tutaj zaplanowany jeszcze jeden nocleg i nie musimy dzisiaj schodzić na parking Prionia. Zgodnie z planem większość ciężkich rzeczy zostawiamy w pokoju w Spilios Agapitos. Zabieramy tylko lekkie plecaki, zapas wody, kurtki kask wspinaczkowy i rękawice.

Po godzinie siódmej wychodzimy ze schroniska, ale zanim udamy się w kierunku szczytu, podziwiamy spektakularny wschód słońca nad Morzem Egejskim, wyłaniającego się ponad świętą górą Atos. Po tym jakże wspaniałym spektaklu ruszamy – szlak od razu pnie się ostro w górę. W fazie planowania mieliśmy dojść na Skalę i dopiero z niej na Mytikas, jednak podczas podejścia zmieniamy plan i wybieramy drogę przez tzw. Zonarię. Zonaria to system zachodów z poprowadzoną niemal poziomo ścieżką, którą można dojść do schroniska Christos Kakalos na Płaskowyżu Muz.

Kiedy dochodzimy do żlebu Kakoskala (Złe Schody), odbijamy w górę. Szlak jest bardzo ciekawy. Dużym plusem jest fakt, że mało kto tędy wchodzi, minusem natomiast – potworna kruszyzna. Wszystko sypie się tutaj na głowę i trzeba bardzo uważać, aby nie polecieć w dół. Wychodząc ze żlebu na przełęcz, meldujemy się w połowie drogi pomiędzy Skalą a Mytikasem. Dalej pniemy się do góry po skalnych półeczkach ze skąpymi chwytami. Wszędzie dookoła sterczą turnie oraz skalne igły o fantastycznych kształtach.

Z grani możemy spojrzeć w ziejącą otchłań Megala Kazania. To spektakularny, bardzo szeroki oraz głęboki na 700 metrów cyrk lodowcowy (wielki kocioł), który rozciąga się bezpośrednio pod szczytami Mytikas, Stefani i Skolio. Swoim wyglądem przypomina gigantyczny, naturalny amfiteatr, często nazywany „kotłem bogów”. W okolicy przedwierzchołka zwanego Paramitikas napotykamy jedyny odcinek ubezpieczony stalową liną, jednak zdecydowanie nie proponuję korzystania z tego „udogodnienia”. Lina jest mocno postrzępiona i łatwo się zranić, a do tego słabo zamocowano ją do skały – o wiele lepiej poradziliśmy sobie bez niej. Jeszcze tylko kilka metrów trudniejszego zejścia, a potem finałowy atak szerokim żlebem, który wyprowadza nas wprost na szczyt już bez większych trudności.

Na dachu Grecji nasz zespół melduje się o godzinie 10:25. Wszyscy jesteśmy zadowoloni ze zdobycia szczytu, a pogoda jest genialna! Pamiątkowa sesja zdjęciowa i toast greckim piwem za zdobycie zajmują nam sporo czasu, przez co na wierzchołku spędzamy ponad godzinę.

W końcu rozpoczynamy zejście. Idziemy w stronę naszego następnego celu – szczytu Skala (2882 m n.p.m.). Droga mija bardzo sprawnie i po przejściu fajnego, widokowego odcinka graniowego meldujemy się na miejscu.

Po krótkim postoju ruszamy na nasz trzeci dzisiejszy szczyt – Skolio (2905 m n.p.m.). Podejście nie ma żadnych trudności technicznych. Sam szczyt to absolutnie najlepszy punkt widokowy na ściany Mytikasa i Stefani, które stąd wyglądają niesamowicie imponująco. Co ciekawe, urwiska samego Skolio w niczym im nie ustępują i są najwyższymi ścianami w całym masywie.

Dla osób, które zmagają się z lękiem wysokości i nie chcą ryzykować wejścia na Mytikas, Skolio to cel idealny. Jest tylko o 12 metrów niższy od najwyższego punktu kraju, a wejście na niego jest w 100% bezpieczne i technicznie łatwe. Plan na dziś wykonany w trzystu procentach! Pozostało nam już tylko zejść do schroniska Spilios Agapitos i świętować zdobycie trzech najwyższych szczytów Grecji.


Nadszedł ostatni dzień naszej wyprawy – czas na powrót w doliny. Jak to dobrze, gdy człowiek nigdzie nie musi się spieszyć! Po spokojnym poranku ruszamy ze schroniska w kierunku parkingu Prionia. Liczymy na to, że nasz wypożyczony samochód grzecznie tam na nas czeka.

Stamtąd kierujemy się prosto nad morze. Chillout na greckiej plaży po tak intensywnej górskiej eskapadzie to najlepsze co mogliśmy zrobić. Następnego dnia czeka nas już tylko powrót do domu. Wracamy bogatsi o niesamowite wspomnienia, piękne kadry i zdobycie trzech fantastycznych szczytów, z czego jeden dumnie dopisujemy do naszej listy Korony Europy!


Skomentuj

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.