Niżnie Rysy są trzecim pod względem wysokości szczytem leżącym na terenie Polski. Ustępują jedynie Rysom (2499 metry – polski wierzchołek) oraz Mięguszowieckiemu Szczytowi Wielkiemu (2438 m n.p.m).
Góra ma cztery wierzchołki, oddzielone niewielkimi przełączkami, z których najwyższy mierzy i 2430 metry. Pozostałe to: południowy wierzchołek (2405 m) oraz Zadnia (2410 m) i Skrajna (2375 m) Turnia w Niżnich Rysach.
Niżnie Rysy to bardzo ciekawy cel taternicki, na którego ścianach wytyczono wiele tras o różnym stopniu trudności. Nie jest to jednak góra wyłącznie dla wspinaczy. Na główny wierzchołek można również wejść dość łatwą trasą od Buli pod Rysami. Nie stwarza trudności technicznych ani orientacyjnych, a w skali taternickiej jest wyceniona na 0 (czyli „bardzo łatwa”).

Należy mieć jednak na uwadze, że jest to skala dla osób wspinających się. W rzeczywistości jest podobnie, jak na szlaku na Rysy od polskiej strony. No, może nieco mniej używa się rąk, ale za to nawierzchnia jest o wiele bardziej krucha. Jeśli będziemy iść najprostszą, opisywaną w tym tekście drogą, sprzęt wspinaczkowy będzie zbędny. Ze względu na kruchy teren, trzeba zabrać kask. Do tego dochodzi konieczność długiego dojścia do Buli pod Rysami z Palenicy Białczańskiej.
Po słowackiej stronie góry, kawałek pod przełączką między głównym a południowym wierzchołkiem, znajduje się Tomkowa Jaskinia – niewielka grota skalna o płaskim dnie, którą od czasu do czasu taternicy wykorzystują jako miejsce do spania.
Do Palenicy dojeżdżamy około 12:30. Parkujemy na miejscu zarezerwowanym online 😂 (takie czasy), szybki posiłek i rozpoczynam marsz w stronę jednego z najsłynniejszych polskich jezior.

Jest połowa lipca, więc dni są długie, lecz wciąż mam jakieś 8 godzin do zachodu słońca ,pogoda również nie sprzyja więc dzisiaj już raczej nie zrobimy całej trasy.

Drogę na Morskie Oko znamy już praktycznie na pamięć. Myślę, że większość ma podobnie, więc odpuszczę sobie dokładniejszy opis trasy.

Pod schroniskiem meldujemy się około 15:30, po półtorej godzinie dreptania asfaltową drogą w tłumie innych turystów. 🤦♂️
Przy schronisku krótka przerwa na piwo później schodzimy nad taflę jeziora i ruszamy na jego przeciwny brzeg. Do wyboru mamy dwie ścieżki: po lewej lub prawej stronie, obie oznaczone kolorem czerwonym i o mniej więcej podobnej długości. Jak zwykle wybieramy wariant lewy.

Dojście na drugą stronę jeziora zajmuje mi niecałe 20 minut, tuż za Czarnostawiańską Siklawą, obie ścieżki się łączą. Teraz już wspólnym wariantem prowadzą ku górze, nad brzeg Czarnego Stawu pod Rysami. Podejście jest początkowo łagodne, ale już po paru minutach zamienia się w strome zakosy. To najbardziej wymagający jak do tej pory odcinek. Mija około 30 minut i stajemy nad brzegiem Czarnego Stawu. Stąd powinniśmy widzieć Niżnie Rysy, niestety widoczność słaba i w dodatku deszcz robi się coraz większy.


Plan zakładał doczłapanie na Tomkowej Jaskini i tam biwak niestety trzeba rozpocząć dyskusję na temat – ,,co robimy dalej” – Wiluś postanawia zostać Baranek mu będzie dotrzymywać towarzystwa, natomiast ja z Pelasiem udajemy się z powrotem do ciepłego schroniska. Umawiamy się że rano spotykamy się nad Czarnym Stawem.

Następnego dnia o godz.6.00 meldujemy się z Pelasiem nad Czarnym Stawem, gdzie spotykamy się z drugą częścią ekipy i ruszamy w stronę Niznich Rysów.
Maszerujemy w deszczu brzegiem Czarnego Stawu. Idzie się podobne, jak przy Morskim Oku, z tym, że tu kamienny chodnik jest nieco mniej równy i wymaga odrobinę więcej ostrożności.Na przeciwnym brzegu ścieżka zaczyna się wznosić. Najpierw łagodnie, później coraz stromiej. Teren, z trawiastego, stopniowo zmienia się w bardziej skalisty. Początkowo równy chodnik też traci swoją regularność i zmienia się w luźno ułożone kamienie.
Wyzwania są w zasadzie dwa. Pierwsze kondycyjne – podejście jest dość ostro nachylone i nie daje wielu miejsc do odpoczynku. Drugie natomiast wiąże się z nawierzchnią, kamienie mokre więc o poślizgnięcie nietrudno. Warto zachować ostrożność, bo wypadki zdarzają się tu dość często.
Po chwili dalszej wędrówki stromymi zakosami wkraczam na teren Kotła pod Rysami. Tu ciężko już o trawiastą nawierzchnię. Dominują piargi, tworzące surowy, wysokogórski krajobraz. Ścieżka robi się trochę płaska, co pozwala na chwilę odpoczynku po wymagającym podejściu. Po lewej stronie mamy Bulę.
Przez chwilę idziemy jeszcze za oznaczeniami czerwonego szlaku.Dochodzimy do pierwszych łańcuchów to pora aby zacząć wypatrywać miejsca, gdzie należy zejść ze szlaku. W opisach spotkałem się z dwoma wersjami: przed pierwszymi łańcuchami albo po pierwszym ich odcinku.
Po lewej stronie widzimy coś, co można by uznać za ścieżkę wydeptaną po kruchej, niemal żwirowej nawierzchni. Niby jest to „przed pierwszymi łańcuchami”, ktoś tędy chodził, to pewnie i my możemy spróbować. Po 10 min marszu stwierdzamy ze to nie jest jednak ta trasa postanawiamy zawrócić z powrotem do łańcuchów. Przy tak słabej widoczności nie jesteśmy w stanie ocenić naszej drogi. Przechodzimy przez pierwszą linię sztucznych ułatwień i kiedy myślimy że trzeba zrezygnować spotykamy gościa który schodzi z Niżnich Rysów, po krótkiej rozmowie naprowadza nas na szlak. A więc idziemy. Rozglądamy się za jakimiś kopczykami, ale na tym gruzowisku i przy takiej pogodzie trudno jakikolwiek wypatrzeć.
Idziemy więc tak, jak nam się wydaje, że ma sens. Wiemy, że należy się kierować na przełęcz pomiędzy głównym a południowym wierzchołkiem, a trasa ma się lekko odchylać w lewo – ale nic nie widzimy. Kojarzę też, z któregoś z opisów, że przy trasie powinien być jakiś mokry żleb. I faktycznie mamy coś takiego po swojej lewej stronie, więc idziemy wzdłuż tego płytkiego rowu, starając się wybierać możliwie najmniej sypkie podłoże.
Szczerze mówić, nie mam pojęcia, w którym momencie odbiliśmy za mocno w prawo i okazuje się że wyszliśmy gdzieś pomiędzy Przełęczą pod Rysami a Południowym wierzchołkiem Niżnich Rysów. Dobrze ze widoczność się polepszyła, kierujemy się w lewo trawersujemy zbocze i okazuje się ze wychodzimy na przełęczy między południowym a głównym wierzchołkiem. Teraz tylko kawałek w górę i jesteśmy na szczycie.

Na szczycie spędzam jakieś 40 minut, przestaje wiać ale widoków brak, czas ruszyć dalej. Opuszczamy wierzchołek i zaczynamy zejście w stronę przełęczy. Mija parę minut i docieramy na dół. Podchodzimy do krawędzi i zerkamy na wschodnia stronę. Jest nieco stromo, ale spokojne dałoby się zejść. Tylko gdzie? Wiemy, że jaskinia znajduje się poniżej przełęczy, po prawej stronie po zejściu na „pierwsze trawki”. Tylko, że tutaj trawek jest wszędzie pełno i nie wiemy, o które może chodzić. Czasu mam sporo, więc pozostaje po prostu zejść i sprawdzić. Najwyżej nic nie znajdę i wrócę na przełęcz. Najpierw schodzi Pelaś oddala się kawałek ale nic nie znajduje, ja schodzę kawałek dalej również nie mogę znaleźć niczego co przypominało by jaskinię.Kiedy drapię się z powrotem na przełęcz słyszę Baranka który woła ze znalazł jaskinię.👍
Dojście do Tomkowej Jaskini to nieznacznie eksponowany trawers po trawiasto – kamiennym podłożu. Nietrudny, ale trzeba być czujnym, żeby się nie poślizgnąć.


Sama jaskinia okazuje się dość mała. Składa się z jednej komory z płaskim dnem, gdzie w razie potrzeby, dość komfortowo biwakować może kilka osób. Oglądanie stąd wschodu słońca musi naprawdę robić ogromne wrażenie. My niestety jak cały dzisiejszy dzień – bez widoków.

Pora na drogę w dół. Teraz już drogą którą powinniśmy tutaj wejść. Od czasu do czasu natrafiamy na jakiś kopczyk albo fragment wydeptanej ścieżki. Zaraz potem ślady jednak giną i znów nie wiemy, czy idziemy poprawnie.



Docieramy do znakowanego szlaku i ruszamy dalej w stronę Buli. Tam urządzamy sobie chwilę zasłużonej przerwy.


Kończymy schodząc do Morskiego Oka i dalej do Palenicy Białczańskiej.



